[Sylwetka] Operator nadajnika PPN/1A „Eureka” Pathfinder Team „E”

101st Airborne Division

Moderatorzy: Maciek, Milosz

Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 165
Rejestracja: 18 paź 2018, o 16:00
Lokalizacja: Warszawa

Re: [Sylwetka] Operator nadajnika PPN/1A „Eureka” Pathfinder Team „E”

Post autor: Grzegorz »

Na zakończenie mój komentarz po części do tych ćwiczeń, po części do ówczesnego pathfindingu, a po części do jakości transportowania spadochroniarzy-pathfinderów i zwyczajnych spadochroniarzy w kontekście lotnictwa transportowego USAAF.

Najkrótszy komentarz mógłby brzmieć tak: Każdy system jest tak dobry, jak jego najsłabsze ogniwo. Drugowojenny pathfinding US Army/USAAF jest tego idealnym przykładem. System Eureka/Rebecca sprawdzał się bardzo dobrze na froncie CBI mimo dużo gorszych niż w Europie uwarunkowań terenowych i meteorologicznych, natomiast w Europie systemem Eureka/Rebecca zawsze rządziło wyłącznie właśnie owo najsłabsze ogniwo.

Jak wspomniałem wcześniej, na linii Comiso-Ponte Olivo system Eureka/Rebecca sprawdził się idealnie, ale który system nie sprawdziłby się idealnie, gdy stworzy mu się laboratoryjne, cieplarniane i luksusowe warunki? W tym tkwił błąd ćwiczeń na Sycylii w 1943 r. „Zapomniano” wtedy nawet o tym, jak w USA od roku 1942 szkolono pilotów transportowych. Podczas tych ćwiczeń nie wdrożono nawet takich treningowych utrudnień dla pilotów lotnictwa transportowego, jakie robiono im w trakcie szkolenia w USA, a chodzi tu o zasłony dymne nad zrzutowiskami i lądowiskami szybowcowymi. Ćwiczenia z ich ośrodkiem w Comiso po prostu musiały się udać, bo były w zbyt idealnych warunkach, aby się nie udały. Działania operacyjne nie miały jednak nic wspólnego z tymi ćwiczeniami. Na tym polegał ich błąd i US Army przekonała się o tym boleśnie niebawem.

Na Dalekim Wschodzie USAAF używały Rebek przede wszystkim do zrzutów zaopatrzenia dla wojsk działających na tyłach wroga. Zrzuty były bardzo celne, nie było uskarżania się, że „USAAF nie trafiły w zrzutowisko”. Dlaczego nie działało to tak dobrze w Europie, a w każdym razie działało nierówno, raz dobrze, innym razem źle?

Kluczem do zrozumienia wspomnianego „najsłabszego ogniwa” jest odpowiedź na pytanie, kto i gdzie używał Eurek? Na CBI – nawet jeśli było to na tyłach Japończyków – Eurekę na stałe miały alianckie pododdziały w sile co najmniej batalionu dobrze osadzone na danym terenie, znające go, kontrolujące go, niczego się nie bojące, nie muszące specjalnie się ukrywać, toczące wprawdzie intensywną wojnę partyzancką, ale z potężnym wsparciem RAF i USAAF. Zrzuty zaopatrzenia były celne, bo były dzienne, na opanowanym przez aliantów terenie i nie wymagały wcześniejszego zrzucania spadochroniarzy-pathfinderów, którzy dopiero rozpoznawaliby, czy są na właściwym terenie i czy jest to właśnie punkt nakazany im do uruchomienia Eureki. Na CBI byłoby to kompletnie bez sensu. Tam anglo-amerykańsko-indyjskie siły używały Eurek jak u siebie nawet jeśli były to tyły Japończyków. Wszystko działało bardzo dobrze.

A w Europie? Tu był problem z Eureką, ponieważ ogólne uwarunkowania wojenne były zupełnie inne. Na ETO nie było przecież na terenach okupowanych takiej siły, jak np. Chindici na CBI, którzy swobodnie używali Eurek i były im te Eureki nie do odebrania przez wroga, bo najpierw trzeba by wybić bataliony alianckiego wojska, a to nawet dla Japończyków było niewykonalne. Ludzie na CBI używali Eurek spokojnie jak na własnym podwórku. Na ETO był z tym dramat, bo niby kto miałby zapewnić pathfinderom US Army dobre warunki pracy, czyli takie, jak na CBI?

Na ETO czego pathfinderzy sami sobie nie wywalczyli do spółki z pilotami IX TCC to od nikogo tego nie dostali, a na dodatek byli uzależnieni od USAAF – czytaj uzależnieni od profesjonalizmu i odwagi pilotów; pilotów masakrowanych przez flak, czego na CBI na taką skalę nie było. Spadochroniarze-pathfinderzy nie mieli przecież swoich „pathfinderów”, którzy nakierowaliby ich na właściwe lądowiska i zrzutowiska. Na ETO „pathfinderem spadochroniarza-pathfindera” miał być tylko doborowy pilot USAAF i jego nawigator. Ale przy ówczesnych środkach nawigacyjnych (i np. w taką złą pogodę, jak podczas D-Day) jeden błąd nawigacyjny pilota desantującego pathfinderów i po sprawie – sens istnienia systemu Eureka/Rebecca upadał. A nawet nie chodzi tutaj o błąd pilota, ale o zmienność warunków meteorologicznych, jak podczas D-Day, gdy ścierały się ze sobą fronty atmosferyczne i zmieniał się kierunek oraz siła wiatru, a to przekłada się na kąt znoszenia samolotów.

Właśnie to było na ETO tym najsłabszym ogniwem, jakie wcześniej wspomniałem. Eureka/Rebecca święciła tryumfy na CBI, a na ETO… było, jak było, a było różnie. Eureka/Rebecca była systemem dobrym, ale mimo wszystko potrzebował on szansy. A tą szansą było choć trochę światła dziennego. Gdy ta szansa na ETO była to IX TCC do spółki ze spadochroniarzami-pathfinderami dokonało najbardziej celnych zrzutów zaopatrzenia dla oblężonych w i pod Bastogne. I to mimo złej pogody i mgły, ale za to w dzień, a nie w nocy.

Jeśli porówna się CBI i ETO to od razu widać, co byłoby dla systemu Eureka/Rebecca stanem idealnym w Europie, choć jest to tylko abstrakcja i teoria. Ale fakty są, jakie są – system w stu procentach sprawdzał się tylko wówczas, gdy był w rękach ludzi na stałe osadzonych na danym terenie. Eurekę/Rebekę alianci chronili taką samą tajemnicą, jak np. celownik bombardierski Norden, więc można zrozumieć, że po stronie alianckiej nie chciano „pathfinderów” utworzonych np. z europejskich partyzantek wprawdzie dobrze znających swój teren, ale na pewno częściowo infiltrowanych przez Niemców, na dodatek stale zagrożonych silną akcją likwidacyjną i ewentualnym wpadnięciem Eureki w ręce wroga.

Na CBI nikt by za pięć minut nie zlikwidował Chinditów albo Maruderów Merrilla. Ci mogli spokojnie używać Eurek, co więcej, technicy z RAF albo USAAF towarzyszyli tym oddziałom jako dodatkowe wsparcie w charakterze „forward air controlers”. Teoretycznie, ale oczywiście tylko teoretycznie, dobrymi operatorami Eurek w warunkach europejskich byliby ludzie SOE, SAS lub OSS dobrze znający swój teren operacyjny w państwach okupowanych. Ale trzeba by tych ludzi dodatkowo doszkolić, poza tym mała liczebność tych ludzi nie gwarantowała bezpieczeństwa Eureki. W razie wpadki mogliby nawet nie zdążyć jej zniszczyć, bo to przecież nie były bataliony jak na CBI, ale po kilka osób na dany teren operacyjny. Dlatego to tylko teoria.

Ale to jest dopiero połowa problemów z ówczesnym pathfindingiem US Army/USAAF.

Połowa, ponieważ „pathfinder” to zarówno człowiek-spadochroniarz, jak i samolot transportowy lidera danej formacji transportowej wiozący na pokładzie spadochroniarzy-pathfinderów. Jeśli pilot i nawigator nie trafili w miejsce, w którym należało desantować pathfinderów to cała idea pathfindingu upadała. A przecież pilot taki nie był naprowadzany przez żadnych „pathfinderów”. Musiał sam trafić ze swoimi spadochroniarzami-pathfinderami na pokładzie w odpowiednie miejsce mając do dyspozycji ówczesne środki nawigacyjne. Nic więcej.

W nocy (jak w D-Day) i w złej pogodzie (jak w D-Day) środki nawigacyjne były prawie żadne, bo tylko niedoskonała nawigacja zliczeniowa. Nawet „po meblach”, czyli z mapą po punktach terenowych trudno było lecieć, skoro nad terenem inwazji ciągle przetaczały się chmury frontów atmosferycznych (jakie wtedy tam się starły) i chwilami nic nie było widać, szczególnie w amerykańskich strefach desantów powietrznych, bo Brytyjczykom się poszczęściło i mieli więcej „okien” w chmurach.

Po D-Day zaatakowano pilotów IX TCC, że jakoby to oni unicestwili skuteczność desantów inwazyjnych w Normandii, również na skutek złych zrzutów pathfinderów. Sto procent atakujących (także długo po wojnie) to oficerowie starsi wojsk lądowych albo historycy wojskowi i cywilni nie będący pilotami, nie mający zielonego pojęcia o lotnictwie i lataniu i o niczym, co lotnicze, a już szczególnie o nawigacji i meteorologii. Wyżyny bezczelności, głupoty, niekompetencji i arogancji osiągnął historyk US Army gen. Samuel L. A. Marshall. Kolejny nie pilot, który przypisał pilotom IX TCC winę za rozsianie desantu po Normandii. A przy tym nigdy nie przeprowadził wywiadu z choćby jednym członkiem dowództwa IX TCC, ani też z choćby jednym pilotem transportowym znad Normandii.

Chciałbym zobaczyć Marshalla i jemu podobnych komentatorów pracy pilotów, jak za sterami C-47 sami – w warunkach takich chmur jakie wtedy tam były, czyli altocumulus, altostratus, cumulonimbus, stratofractus – celnie zrzuciliby pathfinderów w Normandii.

I tu wracamy do ćwiczeń sycylijskich.

Ćwiczenia te to przejaw typowej mentalności wojskowej, bynajmniej nie amerykańskiej, ale ogólnoświatowej. Ćwiczenia wojskowe nie mogą się nie udać, ponieważ za nieudane ktoś, jakiś generał lub kilku pułkowników z apetytami na rangę generalską, musiałoby mieć zachwiane kariery. A karierowiczostwo w każdym wojsku forever.

Gdyby podczas ćwiczeń pathfinderów na Sycylii Amerykanie wdrożyli to, czego wymagano od pilotów I TCC i IX TCC w trakcie ich szkolenia w USA, czyli zdolności desantowania także w złej widoczności to wyniki ćwiczeń byłyby inne. A najważniejsze – nie oczekiwano by cudów od systemu Eureka/Rebecca i spadochroniarzy-pathfinderów. W Normandii niestety od systemu tego oczekiwano cudów, stąd bezrozumna agresja pseudohistoryków przeciwko pilotom transportowym. Tego rodzaju pseudohistorycy (i przepisywacze po nich) nie potrafią dostrzec, jak zorganizowano ćwiczenia na Sycylii. A zorganizowano je tak:

a) światło – dzienne;

b) widoczność, w tym widoczność ziemi – idealna;

c) zachmurzenie (z tego, co widać na zdjęciach z ćwiczeń) – tylko chmury wysokie (cirrus, pułap 6-13 tys. m); średnie (altostratus, pułap 2,5-6 tys. m) i tylko gdzieniegdzie chmury niskie (cumulus, typowy pułap 250 m do 7 tys. m);

d) nawigacja – żadna. Pilot z 5 ‰ doleciałby bez mapy i bez nawigatora z Comiso do terenu ćwiczeń. Złota okazja nawet do oszukiwania przez pilotów, Rebeki można było nawet w ogóle nie obserwować, aby idealnie trafić z desantem;

e) utrudnień dla pilotów samolotów – zero. Po co było podczas szkolenia pilotów transportowych w Stanach Zjednoczonych wysyłać lecące przed nimi samoloty z agregatami dymotwórczymi, aby zasłaniać miejsca ćwiczebnych desantów, jeśli na tak ważnych ćwiczeniach, jak na Sycylii, nie dość, że tego nie zrobiono, to jeszcze dano pilotom-pathfinderom laboratoryjne warunki operacyjne?

Jaki był sens takich ćwiczeń – każdy może sobie sam odpowiedzieć. Tak samo każdy może sobie sam skomentować po takich ćwiczeniach oczekiwanie podczas D-Day cudów od pilotów-pathfinderów, a w konsekwencji od spadochroniarzy-pathfinderów. Nie dość, że była wtedy noc, to na dodatek przy takich frontach atmosferycznych, jakie wtedy ścierały się nad Wielką Brytanią, Irlandią, zachodnią Francją i Norwegią jedne z typowych chmur to stratofractus snujący się 100-200 m nad ziemią tak, że nawet z nawigacji wzrokowej nie można było skorzystać i zostawała ta najbardziej ułomna zliczeniowa.

Dobrze, że system Eureka/Rebecca istniał, dobrze, że byli do niego pathfinderzy, ale trzeba też pamiętać, że był to okres pionierski takiego przedsięwzięcia wojskowego ze wszystkimi jego niedoskonałościami. Pseudohistorycy komentują tamte wydarzenia tak, jakby komentowali coś z epoki GPS.
„Patriotyzm jest cnotą ziejących nienawiścią” - Oscar Wilde
Awatar użytkownika
Krzysiek
Sergeant | Pathfinder
Sergeant | Pathfinder
Posty: 3660
Rejestracja: 28 sty 2011, o 19:37
Lokalizacja: Legionowo
Kontaktowanie:

Re: [Sylwetka] Operator nadajnika PPN/1A „Eureka” Pathfinder Team „E”

Post autor: Krzysiek »

W idealnych warunkach i co najważniejsze NIEBOJOWYCH i jeszcze dodatkowo w świetle dziennym takowe ćwiczenia
i zrzuty wyglądają pierwszorzędnie. Niestety wszystkie nocne zrzuty kończyły się zamieszaniem za liniami wroga :)

Dzienne zrzuty w warunkach BOJOWYCH, operacja Market Garden oraz Varsity pod względem skuteczności i dostarczenia
"ładunku" idealnie na miejsce też tak różowo nie wyszły. Przypadek, który warto natomiast opisać to zrzut pathfinderów a następnie
zaopatrzenia do oblężonego Bastogne.
GRH FIVE-O-DEUCE (502nd PIR 101st Airborne)
https://502-101airborne.pl


"Im głupszy dowódca, tym trudniejsze zadania mu powierzają."

Obrazek
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 165
Rejestracja: 18 paź 2018, o 16:00
Lokalizacja: Warszawa

Re: [Sylwetka] Operator nadajnika PPN/1A „Eureka” Pathfinder Team „E”

Post autor: Grzegorz »

Tak jest!

Bastogne to perła pathfinderki - zarówno jeśli chodzi o spadaków, jak i Joela Croucha.

W takich warunkach, jak na CBI to każdemu głupiemu udałyby się zrzuty za pomocą Eureki/Rebeki. ETO to zupełnie inna bajka.
„Patriotyzm jest cnotą ziejących nienawiścią” - Oscar Wilde
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 165
Rejestracja: 18 paź 2018, o 16:00
Lokalizacja: Warszawa

Re: [Sylwetka] Operator nadajnika PPN/1A „Eureka” Pathfinder Team „E”

Post autor: Grzegorz »

Baniak pisze:
18 sty 2019, o 21:28
Przypadek, który warto natomiast opisać to zrzut pathfinderów a następnie zaopatrzenia do oblężonego Bastogne.
PS

Ponieważ zgadzam się z Tobą, więc chciałem to zrobić na poziomie bardzo szczegółowym i analitycznym i nawet zacząłem. Po odcinku pierwszym miał być drugi i ostatni i wtedy spalił mi się nowiutki komputer; tak nowiutki, że nawet nie zdążyłem zainstalować mu backupów. I spaliło się wszystko do części drugiej mozolnie zgrywane z różnych nośników, z których niektóre już nawet nie za bardzo chciały współpracować, ale jakoś to zgrałem. I wtedy szlag wszystko trafił, bo spalił się kompletnie nowiutki dysk nomen omen amerykańskiej firmy, o ironio. Od lat mozolnie odtwarzam to, co się spaliło (straciłem też masę fajnych rzeczy do reenactingu), ale straty są masakryczne. Mimo wszystko walczę o napisanie części drugiej i zakończenie tej historii. Bo właśnie warto, jak wspomniałeś, a Amerykanie nieszczególnie o to się starają. Najciekawsze informacje o tym epizodzie (w tym prostujące amerykańską pseudopatriotyczną propagandę) trzeba mozolnie zbierać z dziesiątków źródeł, w tym ze starych wywiadów z pilotami samolotowymi i szybowcowymi biorącymi udział w tej operacji - to na szczęście mam, bo to jest z mediów drukowanych. W międzyczasie coś się jeszcze sypnęło ze skryptem portalu Infolotnicze i przypisy do części pierwszej ustawiły się tak, jak w Wordzie, a nie tak, jak powinny być na stronie www. Pechowy artykuł.

No cóż, ale może mi się uda z tą drugą częścią, поживём увидим, jak mawiają Indianie ;)
„Patriotyzm jest cnotą ziejących nienawiścią” - Oscar Wilde
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 165
Rejestracja: 18 paź 2018, o 16:00
Lokalizacja: Warszawa

Re: [Sylwetka] Operator nadajnika PPN/1A „Eureka” Pathfinder Team „E”

Post autor: Grzegorz »

Za to wszystko, że ćwiczenia z pathfinderami wyglądały, jak wyglądały, jak opisano powyżej, odpowiadał m.in. gen. Barton K. Yount, dowódca USAAF Flying Training Command. Niestety miał on swój współudział w myśleniu życzeniowym w kwestii pathfinderów na ETO.

Obrazek
„Patriotyzm jest cnotą ziejących nienawiścią” - Oscar Wilde
Awatar użytkownika
Grzegorz
Posty: 165
Rejestracja: 18 paź 2018, o 16:00
Lokalizacja: Warszawa

Re: [Sylwetka] Operator nadajnika PPN/1A „Eureka” Pathfinder Team „E”

Post autor: Grzegorz »

Dwugwiazdkowy gen. Yount niby pilnował spraw prawidłowego szkolnictwa lotniczego, w tym także dla wojsk airborne (bo pilnował m.in. szkolenia pilotów szybowcowych), ale ostatecznie gdzieś to się później rozchodziło po kościach i poza tzw. ZI jego kompetencje (tak podejrzewam) już nie sięgały. Ile dobrego mógł zrobić w USA to chyba zrobił, jak wspomniałem pod jego rządami piloci pracujący dla wojsk airborne nie mieli lekko, bo mieli w USA robione różne ćwiczebne utrudnienia, ale chyba było tak, że później na frontach doszkalanie załóg lotniczych przejmowali inni generałowie i wtedy zaczynało się magiczne myślenie życzeniowe. Tak to wygląda z perspektywy czasu, że chyba zabrakło Yountowi energii albo odwagi, aby postawić się nieco innym generałom, żeby sobie nie robili kpin ze szkolenia lotniczego.

Poniżej gen. Yount podczas inspekcji szkoły szybowcowej w Lamesa w Teksasie. Stoi przy szybowcu Schultz ABC, wrzesień 1942 r.

Obrazek
„Patriotyzm jest cnotą ziejących nienawiścią” - Oscar Wilde
Odpowiedz